piątek, 06 listopada 2009
"Wroniec" w Dzienniku
© J. Jabłoński, ilustracja pochodzi stąd Jak już Koledze napisałam, w dodatku kulturalnym do dzisiejszego "Dziennika - Gazety Prawnej" fragment Wrońca Jacka Dukaja, na którego od czasu pewnego mam ochotę. Ochota dotyczy samego Wrońca - żeby nie było;) Ochota tym większa, że książkę pozytywnie zrecenzował Piotr Kofta, a literackie zdanie tegoż pana wielce sobie cenię. "Stan wojenny to w biografiach dzisiejszych polskich trzydziestoparolatków jeden z niewielu punktów stycznych, jedno z niewielu doświadczeń pokoleniowych, które ma rangę powszechnie czytelnego symbolu. Ale - to przecież tyleż oczywiste, co odkrywcze - byliśmy wtedy dziećmi. I patrzyliśmy na tę zimową, złowieszczą militarną scenografię dziecięcymi oczami. Trzeba było jednak prawie trzech dekad, by ktoś to pojął i wykorzystał artystycznie. Szcześliwie tym kimś stał się Jacek Dukaj, być może najwybitniejszy prozaik naszej generacji."* Być może. Nie znam, nie kwestionuję. Przeczytam. Choćby dla niesamowitych ilustracji Jakuba Jabłońskiego. * Piotr Kofta, Magia archetypu, w: "Kultura" z dn. 06.11.2009, str. 13
czwartek, 05 listopada 2009
"Skugga Baldur. Opowieść islandzka"
"Baldur to imię boga światła w nordyckiej mitologii, Skugga znaczy cień. Istnieje też w islandzkiej mitologii stworzenie, które nazywa się Skugga Baldur, pół kot, pół lisica, dziki stwór, którego ludzie się boją."* Islandia, styczeń roku 1883. Wielebny Baldur Skuggason, pastor surowy i skąpy, wdowiec bezdzietny stanowczo nietolerujący osób ułomnych bierze strzelbę, sakwę nabojów i wyrusza w góry śladem lisicy. Oddaje strzał, wywołując lawinę. Dzień wcześniej wyprawiany jest pogrzeb Syreny Jonsdottir zwanej Abbą, młodej kobiety niewiadomego pochodzenia, upośledzonej umysłowo. 17 kwietnia roku 1868. Na mieliźnie przy Cyplu Złamanych Haczyków pojawia się statek bez załogi, skrywający pod swymi pokładami beczki tranu i skrępowaną łańcuchami kilkunastoletnią dziewczynę, przypominającą wystraszone zwierzę. W czerwcu tegoż samego roku do Islandii przybywa Fryderyk F. Fridjonsson, młody zielarz, mający uporządkować gospodarstwo po zmarłych rodzicach. Przypadkowe spotkanie z upośledzoną dziewczyną zmienia jego plany. 23 marca roku 1883 Fryderyk pisze list do swego przyjaciela, wspominając niedawne wydarzenia z Doliny i kilka faktów z przeszłości, które udało mu się ustalić. "Znalazłem kiedyś stare zdjęcie człowieka stojącego na niewielkim wzgórzu przed szeregiem małych domów. Absolutnie elegancki, wyprasowana koszula, marynarka, pieczołowicie zakręcony wąs. Pomyślałem: 'To jest zły Islandczyk, który znajduje się na pięknej ziemi'. Pomyślałem: 'Takiego bohatera szukam', a potem: 'O mój Boże, on musi być księdzem'. Wtedy też zdałem sobie sprawę, że chcę napisać książkę, która byłaby mieszanką kontrastów."* Taka właśnie jest ta książka, jest ową mieszanką kontrastów. Jest powieścią, która przechodzi miejscami w poezję. Opowiada o wydarzeniach sprzed ponad stu lat, a jednocześnie zdaje się być bardzo aktualna. Miesza realizm z magią, nawiązując do starych mitów. W jednej chwili nie wiemy już, czy uwięziony pod lawiną Baldur autentycznie rozmawia z lisicą, czy może tylko postradał zmysły. "Skugga Baldur. Opowieść islandzka" jest niczym piękna baśń osadzona w krainie lodu i śniegu, w której od pierwszej chwili mocno uderza kontrast między chłodem krajobrazu a rudością lisicy. Warta przeczytania. * za: Sjón, Ksiądz, który wierzy w materializm, rozm. Marta Strzelecka, w: "Wysokie Obcasy" z dnia 20.07.2009
wtorek, 27 października 2009
"Księżniczka z lodu"
autor: Camilla Läckberg Powieści tej przypisuje się pierwsze miejsce zaraz po trylogii "Millennium" Stiega Larssona. Trudno mi z tym dyskutować, bowiem wymienionej trylogii jeszcze nie czytałam, jednak zgodzę się, że powieść jest dobra. Naprawdę dobra. I może nie sam wątek kryminalny mam przy tym na uwadze, ale fantastycznie nakreślone sylwetki bohaterów, głównych czy też tych drugoplanowych - o każdej z wymienionych postaci chciałoby się przeczytać coś więcej, każda interesuje, nie pozwalając przejść obok siebie obojętnie. Läckberg nie kreśli tych ludzi zaledwie jako świadków możliwych do przesłuchania i odhaczenia - każdy z nich ma swoje dziwactwa, uczucia, przeżycia, każdy ma swoją historię i duszę. A to ogromny plus dla powieści. Poza tym dokładnie sportretowane społeczeństwo Fjällbacki, miasteczka, które z osady rybackiej zmieniło się z biegiem czasu w ośrodek turystyki letniej, miasteczka, z którego młodzi ludzie masowo wyjeżdżają, a nadmorskie domki wykupywane są przez obcokrajowców. Läckberg udało się odtworzyć klimat Szwecji, z mentalnością i przekonaniami jej mieszkańców, i ja to cenię. Jeśli chodzi o wątek kryminalny, cóż, momentami powieść jest przewidywalna, co jednak, moim zdaniem, nie wpływa znaczącą na odbiór całości. Ale gusta są różne i nie każdemu może się to spodobać. Wśród bohaterów troje wysuwa się na plan pierwszy: Alexandra Wijkner, która zostaje pewnego dnia znaleziona martwa w domu swego dzieciństwa, w wannie, delikatnie pokryta już lodem, z ponacinanymi nadgarstkami, co wskazuje na samobójstwo, a w gruncie rzeczy nim nie jest, Erika Falck - pisarka, autorka czterech biografii sławnych Szwedek, która wraca do Fjällbacki uporządkować rzeczy po śmierci rodziców, i trzydziestoparoletni policjant Patrik Hedström, znajomy Eriki z dzieciństwa. Patrik prowadzi śledztwo, Erika przystaje na prośbę rodziców Alexandry i zbiera materiały do wspomnienia dla lokalnej gazety odnośnie tego, jaką osobą była Alex - wprawdzie w dzieciństwie były najlepszymi przyjaciółkami, ale pewnego dnia kontakt nieoczekiwanie się urwał i nigdy nie odnowił. Połączenie odkryć Patrika z odkryciami Eriki doprowadzi do pewnego ciągu wydarzeń z odległej przeszłości i odkryje zabójcę. Oraz kilka innych rzeczy, przy okazji. Na tylnej okładce czytam, iż na podstawie pierwszych części sagi powstaje we Francji film, i już wiem, że film ten będę chciała obejrzeć. Tak, jak i przeczytać pozostałe tomy.
niedziela, 25 października 2009
jesień w klimatach północy
Jakoś tak się w latach ostatnich dzieje, że jesienią wyjątkowo ciągnie mnie do Skandynawii, a im chłodniej się robi za oknem, tym ciągnie bardziej. A przecież jako dziecko zimna nie lubiłam, a już zimy w szczególności. Rzeczy się zmieniają, ludzie też, najwidoczniej. Tylko z czasem. Zatem Skandynawia. Tymczasowo wyjechać tam nie mogę, więc przenoszę się w sposób inny. Zasłuchując się, dla przykładu, muzyką. I zaczytując. I tak, w głośnikach: :: Melissa Horn, Sen en tid tillbaka; język szwedzki brzmi jakoś tak miękko, mimo wszystko. Podoba mi się. Co do książek, zachwyciłam się niedawno "Księżniczką z lodu" Camilli Läckberg - fantastycznie sportretowane społeczeństwo szwedzkie!, zainteresowała mnie Karin Fossum powieścią "Nie oglądaj się" - może nie do tego stopnia, co wcześniej wymieniona Läckberg, ale w dalszym ciągu czuło się mentalność ludzi północy, a po Islandii odbyłam baśniową wędrówkę śladami lisicy w przedziwnym opowiadaniu "Skugga Baldur. Opowieść islandzka" autorstwa Sjóna. Z każdej z tych lektur powstanie na dniach odpowiednia notka, muszę się tylko zebrać. Na półce zaś czekają dwie następne powieści: :: Liza Marklund, Rewanż oraz oby równie ciekawe, co poprzednie.
sobota, 24 października 2009
"Koralina"
autor: Neil Gaiman „Myślę, iż książka ta wypchnie w końcu ‘Alicję w Krainie Czarów’ z jej odwiecznej niszy”, napisała Diana Wynne Jones. „A guziczki nigdy nie będą już takie, jak kiedyś", dorzucił Terry Pratchett. Wiedziona tymi słowami, sięgnęłam po „Koralinę”. Przeczytałam. Z panią Jones odważę się nie zgodzić. Myślę, iż bohaterka Lewisa Carroll’a długo jeszcze cieszyć się będzie swą pozycją. Co do słów pana Pratchett’a, owszem, guziczki przestały być zwykłymi guziczkami i trudno spojrzeć na nie bez cienia obawy. Ale tego się właściwie spodziewałam. Neil Gaiman, autor powieści „Koralina”, sztukę tworzenia odpowiedniego nastroju opanował do perfekcji. I robi to nad wyraz subtelnie. Rozpoczynamy lekturę. Historia z pozoru prosta. Koniec wakacji, młodziutka bohaterka o nieco przekręconym imieniu wprowadza się do bardzo starego domu i stopniowo odkrywa jego tajemnice. Do tego rodzice, którzy nie zwracają na nią uwagi, porządnie zaniedbany ogród, głęboka studnia, szczury, kot, a w domu mnóstwo drzwi, które prowadzą donikąd. Całość jakby już gdzieś zasłyszana, zatem mało interesująca. Ale pozory mylą. Ze stronicy na stronicę powieść zaczyna nas wciągać, a my ze zdumieniem odkrywamy, że ogarnął nas strach. W którym momencie? Dlaczego? Tego wyjaśnić nie potrafimy. I na tym właśnie polega urok powieści Gaiman’a. Największy strach budzą rzeczy najprostsze, może nawet w swej istocie banalne: szpulka nici, guziczki na stole, poruszający się z gracją czarny kot, szczury o malutkich, czerwonych oczkach. Nawet zazwyczaj czule brzmiące, wypowiadane z uśmiechem słowa: „na zawsze, na wieki”, wywołują ciarki na plecach i szybsze bicie serca. Gaiman sięga do ludzkiej podświadomości, wydobywając z niej to, co od dawien dawna budzi w człowieku lęk: ogromny, stary dom pełen niezbadanych kątów, skradające się nocą gryzonie, spowity mgłą ogród. Zjawiska, które z nieokreślonych powodów przerażają. I nic tu nie jest już pewne, wszystkiego można się spodziewać. Może dlatego powieść „Koralina” tak bardzo wciąga? Bo nie ma w niej odległego nam, fantastycznego świata, ale nasz własny, nie mniej straszny, codzienny, wzbogacony jedynie o tę odrobinę nierealności, której każdemu z nas czasem potrzeba. A patrząc później na leżące na stole lśniące guziczki, uśmiechamy się tajemniczo. Nawet, jeśli przebiega nas niemiły dreszcz. "Fioletowy hibiskus"
autor: Chimamanda Ngozi Adichie "Chmury i łzy"
autor: James Ngugi "W pogoni za Harrym Winstonem"
autor: Lauren Weisberger Miało być miło, lekko i przyjemnie, bez jakiejkolwiek potrzeby wysiłku intelektualnego. Bo chciałam odpocząć. I było. Było jednak też irytująco, ale o tym za chwilę. Trzy zupełnie różne przyjaciółki, zarówno pod względem charakteru, jak i pochodzenia. Monogamistka aż do bólu Emmy, redaktorka o dowolnej porze dnia i nocy Leigh oraz Adriana o wyjątkowo gorącym temperamencie i wyjątkowej awersji do pracy. Wszystkie trzy tuż przed trzydziestką, wszystkie niezamężne i bezdzietne. Dają sobie rok na zmiany, rodzaj wyzwania. I jest sympatycznie. Na podstawie tejże powieści, podobnie jak było w przypadku wcześniejszej, “Diabeł ubiera się u Prady“, ma powstać film. Film pewnie też obejrzę, dla porównania. Choćby scen miłosnych, które w wersji papierowej wyszły całkiem sucho i bez emocji. Zupełnie, jakby to był jakiś scenariusz, a nie powieść. Momentami. Po dodaniu podkładu muzycznego i odpowiednich aktorów może być interesująco. To właśnie moje pierwsze ‘ale’. Drugie kieruję już nie do autorki, ale do tłumaczki, a zaraz później do redaktorki, korektora, czy kogokolwiek innego, kto w tym przypadku odpowiedzialny był za wersję polską. Ilości literówek czy błędów gramatycznych nie sposób zliczyć, a nawet jeśli bym się za to wzięła, to po co? Tym zająć się był powinien ktoś inny dużo wcześniej. Poza literówkami są również olbrzymie akapity nieudolnego przekładu (jak zdanie wyjęte ze sceny ponoć namiętnej w swym zamiarze: “nie myślała o niczym poza tym, jak bardzo pragnie jego chłopaka” – zważywszy, że facet był heteroseksualny, o żadnym chłopaku mowy nie było) i jedyne, co udało mi się zrobić, by przeczytać powieść do końca, to starać się za każdym spapranym fragmentem dociekać, jak mógł on brzmieć w oryginale. Choć z drugiej strony, obok irytacji, niemal równocześnie, zrodziło się we mnie rozbawienie. Wprawdzie nie takie, jak przy lekturze artkułu o spapranym tłumaczeniu powieści “Underdog” Torbjörna Flygta (patrz: Paweł Pollak “Rybka piła wali konika“) w wykonaniu pani Jasińskiej-Brunnberg, ale bawiłam się przednio. Szkoda tylko samej powieści, która dużo na tym traci. Do prozy ambitnej jej daleko, a nawet zupełnie nie po drodze, ale idzie lato, a na letnią, wakacyjną lekturę nadawałaby się w sam raz. "Sztuka bycia Elą"
autor: Johanna Nilsson "Dziennik jaskółki"
autor: Amélie Nothomb |