opisy, recenzje, wrażenia po lekturze lub w jej trakcie
piątek, 06 listopada 2009
"Wroniec" w Dzienniku

wroniec_dukaj

© J. Jabłoński, ilustracja pochodzi stąd

Jak już Koledze napisałam, w dodatku kulturalnym do dzisiejszego "Dziennika - Gazety Prawnej" fragment Wrońca Jacka Dukaja, na którego od czasu pewnego mam ochotę. Ochota dotyczy samego Wrońca - żeby nie było;) Ochota tym większa, że książkę pozytywnie zrecenzował Piotr Kofta, a literackie zdanie tegoż pana wielce sobie cenię.

"Stan wojenny to w biografiach dzisiejszych polskich trzydziestoparolatków jeden z niewielu punktów stycznych, jedno z niewielu doświadczeń pokoleniowych, które ma rangę powszechnie czytelnego symbolu. Ale - to przecież tyleż oczywiste, co odkrywcze - byliśmy wtedy dziećmi. I patrzyliśmy na tę zimową, złowieszczą militarną scenografię dziecięcymi oczami. Trzeba było jednak prawie trzech dekad, by ktoś to pojął i wykorzystał artystycznie. Szcześliwie tym kimś stał się Jacek Dukaj, być może najwybitniejszy prozaik naszej generacji."*

Być może. Nie znam, nie kwestionuję. Przeczytam. Choćby dla niesamowitych ilustracji Jakuba Jabłońskiego.

* Piotr Kofta, Magia archetypu, w: "Kultura" z dn. 06.11.2009, str. 13

11:54, agnieszka.em , pepe
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 listopada 2009
"Skugga Baldur. Opowieść islandzka"

skugga baldurautor: Sjón
przeł.: Jacek Godek
wyd.: słowo / obraz terytoria 2009

"Baldur to imię boga światła w nordyckiej mitologii, Skugga znaczy cień. Istnieje też w islandzkiej mitologii stworzenie, które nazywa się Skugga Baldur, pół kot, pół lisica, dziki stwór, którego ludzie się boją."*

Islandia, styczeń roku 1883. Wielebny Baldur Skuggason, pastor surowy i skąpy, wdowiec bezdzietny stanowczo nietolerujący osób ułomnych bierze strzelbę, sakwę nabojów i wyrusza w góry śladem lisicy. Oddaje strzał, wywołując lawinę. Dzień wcześniej wyprawiany jest pogrzeb Syreny Jonsdottir zwanej Abbą, młodej kobiety niewiadomego pochodzenia, upośledzonej umysłowo.

17 kwietnia roku 1868. Na mieliźnie przy Cyplu Złamanych Haczyków pojawia się statek bez załogi, skrywający pod swymi pokładami beczki tranu i skrępowaną łańcuchami kilkunastoletnią dziewczynę, przypominającą wystraszone zwierzę. W czerwcu tegoż samego roku do Islandii przybywa Fryderyk F. Fridjonsson, młody zielarz, mający uporządkować gospodarstwo po zmarłych rodzicach. Przypadkowe spotkanie z upośledzoną dziewczyną zmienia jego plany.

23 marca roku 1883 Fryderyk pisze list do swego przyjaciela, wspominając niedawne wydarzenia z Doliny i kilka faktów z przeszłości, które udało mu się ustalić.

"Znalazłem kiedyś stare zdjęcie człowieka stojącego na niewielkim wzgórzu przed szeregiem małych domów. Absolutnie elegancki, wyprasowana koszula, marynarka, pieczołowicie zakręcony wąs. Pomyślałem: 'To jest zły Islandczyk, który znajduje się na pięknej ziemi'. Pomyślałem: 'Takiego bohatera szukam', a potem: 'O mój Boże, on musi być księdzem'. Wtedy też zdałem sobie sprawę, że chcę napisać książkę, która byłaby mieszanką kontrastów."*

Taka właśnie jest ta książka, jest ową mieszanką kontrastów. Jest powieścią, która przechodzi miejscami w poezję. Opowiada o wydarzeniach sprzed ponad stu lat, a jednocześnie zdaje się być bardzo aktualna. Miesza realizm z magią, nawiązując do starych mitów. W jednej chwili nie wiemy już, czy uwięziony pod lawiną Baldur autentycznie rozmawia z lisicą, czy może tylko postradał zmysły. "Skugga Baldur. Opowieść islandzka" jest niczym piękna baśń osadzona w krainie lodu i śniegu, w której od pierwszej chwili mocno uderza kontrast między chłodem krajobrazu a rudością lisicy. Warta przeczytania.

* za: Sjón, Ksiądz, który wierzy w materializm, rozm. Marta Strzelecka, w: "Wysokie Obcasy" z dnia 20.07.2009

wtorek, 27 października 2009
"Księżniczka z lodu"

autor: Camilla Läckbergksiężniczka z lodu
przeł.: Inga Sawicka
wyd.: Czarna Owca 2009

Powieści tej przypisuje się pierwsze miejsce zaraz po trylogii "Millennium" Stiega Larssona. Trudno mi z tym dyskutować, bowiem wymienionej trylogii jeszcze nie czytałam, jednak zgodzę się, że powieść jest dobra. Naprawdę dobra. I może nie sam wątek kryminalny mam przy tym na uwadze, ale fantastycznie nakreślone sylwetki bohaterów, głównych czy też tych drugoplanowych - o każdej z wymienionych postaci chciałoby się przeczytać coś więcej, każda interesuje, nie pozwalając przejść obok siebie obojętnie. Läckberg nie kreśli tych ludzi zaledwie jako świadków możliwych do przesłuchania i odhaczenia - każdy z nich ma swoje dziwactwa, uczucia, przeżycia, każdy ma swoją historię i duszę. A to ogromny plus dla powieści. Poza tym dokładnie sportretowane społeczeństwo Fjällbacki, miasteczka, które z osady rybackiej zmieniło się z biegiem czasu w ośrodek turystyki letniej, miasteczka, z którego młodzi ludzie masowo wyjeżdżają, a nadmorskie domki wykupywane są przez obcokrajowców. Läckberg udało się odtworzyć klimat Szwecji, z mentalnością i przekonaniami jej mieszkańców, i ja to cenię.

Jeśli chodzi o wątek kryminalny, cóż, momentami powieść jest przewidywalna, co jednak, moim zdaniem, nie wpływa znaczącą na odbiór całości. Ale gusta są różne i nie każdemu może się to spodobać.

Wśród bohaterów troje wysuwa się na plan pierwszy: Alexandra Wijkner, która zostaje pewnego dnia znaleziona martwa w domu swego dzieciństwa, w wannie, delikatnie pokryta już lodem, z ponacinanymi nadgarstkami, co wskazuje na samobójstwo, a w gruncie rzeczy nim nie jest, Erika Falck - pisarka, autorka czterech biografii sławnych Szwedek, która wraca do Fjällbacki uporządkować rzeczy po śmierci rodziców, i trzydziestoparoletni policjant Patrik Hedström, znajomy Eriki z dzieciństwa. Patrik prowadzi śledztwo, Erika przystaje na prośbę rodziców Alexandry i zbiera materiały do wspomnienia dla lokalnej gazety odnośnie tego, jaką osobą była Alex - wprawdzie w dzieciństwie były najlepszymi przyjaciółkami, ale pewnego dnia kontakt nieoczekiwanie się urwał i nigdy nie odnowił. Połączenie odkryć Patrika z odkryciami Eriki doprowadzi do pewnego ciągu wydarzeń z odległej przeszłości i odkryje zabójcę. Oraz kilka innych rzeczy, przy okazji.

Na tylnej okładce czytam, iż na podstawie pierwszych części sagi powstaje we Francji film, i już wiem, że film ten będę chciała obejrzeć. Tak, jak i przeczytać pozostałe tomy.

11:36, agnieszka.em , lit. szwedzka
Link Komentarze (1) »
niedziela, 25 października 2009
jesień w klimatach północy

Jakoś tak się w latach ostatnich dzieje, że jesienią wyjątkowo ciągnie mnie do Skandynawii, a im chłodniej się robi za oknem, tym ciągnie bardziej. A przecież jako dziecko zimna nie lubiłam, a już zimy w szczególności. Rzeczy się zmieniają, ludzie też, najwidoczniej. Tylko z czasem.

Zatem Skandynawia. Tymczasowo wyjechać tam nie mogę, więc przenoszę się w sposób inny. Zasłuchując się, dla przykładu, muzyką. I zaczytując. I tak, w głośnikach:

:: Melissa Horn, Sen en tid tillbaka;

język szwedzki brzmi jakoś tak miękko, mimo wszystko. Podoba mi się.

Co do książek, zachwyciłam się niedawno "Księżniczką z lodu" Camilli Läckberg - fantastycznie sportretowane społeczeństwo szwedzkie!, zainteresowała mnie Karin Fossum powieścią "Nie oglądaj się" - może nie do tego stopnia, co wcześniej wymieniona Läckberg, ale w dalszym ciągu czuło się mentalność ludzi północy, a po Islandii odbyłam baśniową wędrówkę śladami lisicy w przedziwnym opowiadaniu "Skugga Baldur. Opowieść islandzka" autorstwa Sjóna. Z każdej z tych lektur powstanie na dniach odpowiednia notka, muszę się tylko zebrać.

Na półce zaś czekają dwie następne powieści:

:: Liza Marklund, Rewanż oraz
:: Agneta Pleijel, Zima w Sztokholmie,

oby równie ciekawe, co poprzednie.

10:32, agnieszka.em , ode mnie
Link Komentarze (1) »
sobota, 24 października 2009
"Koralina"

autor: Neil GaimanKoralina
przeł.: Paulina Braite
wyd.: Wydawnictwo MAG 2003
ilustracje: Dave McKean

„Myślę, iż książka ta wypchnie w końcu ‘Alicję w Krainie Czarów’ z jej odwiecznej niszy”, napisała Diana Wynne Jones. „A guziczki nigdy nie będą już takie, jak kiedyś", dorzucił Terry Pratchett. Wiedziona tymi słowami, sięgnęłam po „Koralinę”. Przeczytałam. Z panią Jones odważę się nie zgodzić. Myślę, iż bohaterka Lewisa Carroll’a długo jeszcze cieszyć się będzie swą pozycją. Co do słów pana Pratchett’a, owszem, guziczki przestały być zwykłymi guziczkami i trudno spojrzeć na nie bez cienia obawy. Ale tego się właściwie spodziewałam. Neil Gaiman, autor powieści „Koralina”, sztukę tworzenia odpowiedniego nastroju opanował do perfekcji. I robi to nad wyraz subtelnie.

Rozpoczynamy lekturę. Historia z pozoru prosta. Koniec wakacji, młodziutka bohaterka o nieco przekręconym imieniu wprowadza się do bardzo starego domu i stopniowo odkrywa jego tajemnice. Do tego rodzice, którzy nie zwracają na nią uwagi, porządnie zaniedbany ogród, głęboka studnia, szczury, kot, a w domu mnóstwo drzwi, które prowadzą donikąd. Całość jakby już gdzieś zasłyszana, zatem mało interesująca. Ale pozory mylą. Ze stronicy na stronicę powieść zaczyna nas wciągać, a my ze zdumieniem odkrywamy, że ogarnął nas strach. W którym momencie? Dlaczego? Tego wyjaśnić nie potrafimy.

I na tym właśnie polega urok powieści Gaiman’a. Największy strach budzą rzeczy najprostsze, może nawet w swej istocie banalne: szpulka nici, guziczki na stole, poruszający się z gracją czarny kot, szczury o malutkich, czerwonych oczkach. Nawet zazwyczaj czule brzmiące, wypowiadane z uśmiechem słowa: „na zawsze, na wieki”, wywołują ciarki na plecach i szybsze bicie serca. Gaiman sięga do ludzkiej podświadomości, wydobywając z niej to, co od dawien dawna budzi w człowieku lęk: ogromny, stary dom pełen niezbadanych kątów, skradające się nocą gryzonie, spowity mgłą ogród. Zjawiska, które z nieokreślonych powodów przerażają. I nic tu nie jest już pewne, wszystkiego można się spodziewać. Może dlatego powieść „Koralina” tak bardzo wciąga? Bo nie ma w niej odległego nam, fantastycznego świata, ale nasz własny, nie mniej straszny, codzienny, wzbogacony jedynie o tę odrobinę nierealności, której każdemu z nas czasem potrzeba. A patrząc później na leżące na stole lśniące guziczki, uśmiechamy się tajemniczo. Nawet, jeśli przebiega nas niemiły dreszcz.

17:27, agnieszka.em , pozostałe
Link Dodaj komentarz »
"Fioletowy hibiskus"

autor: Chimamanda Ngozi AdichieFioletowy hibiskus
przeł.: Jan Kraśko
wyd.: Amber 2004

Książka ciekawa. Ciekawa na tyle, by z przyjemnością sięgnąć po inne tytuły tejże pisarki. Jednocześnie zawierająca w swej treści wiele cierpienia i bólu, więc w żaden sposób nie nadaje się na leczenie smutków.

Wszystko zaczęło się psuć…“, rozpoczyna swą opowieść kilkunastoletnia Kambili. Opowieść o fanatycznym religijnie ojcu, o matce, która tak często czyści kolekcję porcelanowych baletnic (zawsze wówczas z niewyjaśnionych powodów okaleczona), o młodszym bracie imieniem Jaja, który pewnego dnia sprzeciwia się woli ojca, bardzo bogatego, wpływowego i szanowanego przez wszystkich człowieka.  Opowieść o dziadku, który pozostał wierny swoim bogom i tradycjom, o wykładającej na uniwersytecie ciotce, o jej dzieciach, o Nigerii i zachodzących w niej siłą przemianach, które niejednokrotnie, w imię wolności słowa, nie pozostawiają innego wyboru, jak wyjazd poza granice państwa, poza granice kontynentu. Opowieść o przemocy w imię rzekomej miłości, przemocy cichej, która nie wychodzi poza mury posiadłości. Opowieść o cierpieniu ukrytym pod pięknymi strojami, w urządzonych z przepychem domach z bogato zastawionymi stołami. Jest to też opowieść o dojrzewaniu, zarówno  do buntu, jak i do zwykłej, prozaicznej miłości.

Co jest interesujące w tej książce, to niejednoznaczność postaci. Nawet ojca nie da się sklasyfikować jako złego, bo oprócz bólu zadawanego swym najbliższym, potrafił też pomagać mieszkańcom swej wioski, sponsorować anonimowo szpitale dla dzieci, sierocińce.

Napisana w roku 2003 powieść “Fioletowy hibiskus” nominowana była do wielu nagród literackich, m. in. The Booker Prize, Orange Prize. Otrzymała również Commonwealth Writers’ Prize dla najlepszego debiutu. Myślę, że zasłużenie.

Jego listy dają mi do myślenia. Noszę je ze sobą, ponieważ są długie i szczegółowe, ponieważ przypominają mi o mojej prawości i pobudzają uczucia. Kilka miesięcy temu napisał, że nie chce, abym szukała odpowiedzi na pytanie ‘Dlaczego?’, ponieważ są rzeczy, których wytłumaczyć się nie da, o które nie warto pytać, a może nawet nie ma sensu pytać. Nie wspominał o Tacie – rzadko kiedy o nim wspomina – ale wiem, co miał na myśli, rozumiem, że próbował poruszyć we mnie coś, co bałam się poruszyć sama.” (str. 202)

17:26, agnieszka.em , pozostałe
Link Dodaj komentarz »
"Chmury i łzy"

autor: James NgugiChmury i łzy
przeł.: Zofia Kierszys
wyd.: Państwowy Instytut Wydawniczy 1972

Napisana w roku 1962 powieść “Chmury i łzy” (oryg. “Weep Not, Child“) jest pierwszą powieścią w języku angielskim opublikowaną przez obywatela Afryki Wschodniej. Powieścią, dodajmy, która swego czasu wzbudziła kontrowersje. Sam autor, jak się okazuje, również jest postacią ciekawą. Za powieść “I Will Marry When I Want” został w roku 1977 aresztowany, by później opuścić Kenię i wrócić do niej dopiero po 22 latach emigracji, w roku 2004. James Ngugi początkowo pisał w języku angielskim, teraz jednak, już jako Thiong’o wa Ngugi, pisze wyłącznie w swoim języku ojczystym, kikuju, i w suahili, samemu tłumacząc ewentualnie swe dzieła na angielski.

Wracając do samej powieści. Główny bohater, kilkunastoletni Njoroge, pochodzi z biednej rodziny. Jego ojciec nie ma nawet własnej ziemi, na której mógłby postawić chaty dla siebie i swoich dwóch żon. Dodatkowo pracuje u białego człowieka, na ziemi, która niegdyś należała do jego przodków. Do Njorogego uśmiecha się pewnego dnia szczęście, bo dostaje szansę uczęszczania do szkoły. Szkoła to edukacja i wykształcenie, a dzięki wykształceniu można osiągnąć wiele. Jednakże jego lata nauki splatają się z latami działalności organizacji podziemnej Mau-Mau, która w latach 1952-56 zorganizowała powstanie antybrytyjskie – niestety, krwawo stłumione. Upadek powstania był jednoczesnym upadkiem wiary i nadziei młodych Kenijczyków na lepsze, dostanie życie w niepodległym kraju, na ziemi swych przodków, w pokoju. Na przykładzie losów chłopca i jego rodziny pokazana zostaje tragedia całego ludu Kikuju.

Ale to jedna strona powieści. Tragiczna historia kraju i jego mieszkańców. Drugą stroną są te wszystkie tradycje, zwyczaje, przemyślenia, które składają się na obraz całego ludu, całej kultury jakże innej od europejskiej. Przykładowo, gdy Njoroge zdaje pomyślnie egzaminy do liceum, przestaje być dzieckiem swych rodziców. W tym momencie staje się dzieckiem swej wioski, cała wioska jest z niego dumna i cała wioska składa się na jego dalszą naukę. Bo jego wykształcenie będzie z pożytkiem dla wszystkich, będzie ich wspólną szansą na lepsze życie. Albo fakt posiadania dwóch lub więcej żon – okazuje się, że kluczem do zgody w rodzinie jest traktowanie obu żon na równi, nie wyróżnianie żadnej w niczym, nawet jeśli się przyjaźnią, “bo małe okazanie badaj trochę większych względów którejś z żon może natychmiast wywołać wojnę domową w rodzinie“. I obie żony są matkami dla wszystkich dzieci swego małżonka, nie tylko dla swoich. Mnie to wszystko wydaje się interesujące. Aczkolwiek nie jestem pewna, czy do autora tego jeszcze wrócę. Nie moje klimaty chyba.

17:24, agnieszka.em , pozostałe
Link Dodaj komentarz »
"W pogoni za Harrym Winstonem"

autor: Lauren WeisbergerW pogoni za Harrym Winstonem
przeł.: Hanna Szajowska
wyd.: Albatros, A. Kuryłowicz 2009

Miało być miło, lekko i przyjemnie, bez jakiejkolwiek potrzeby wysiłku intelektualnego. Bo chciałam odpocząć. I było. Było jednak też irytująco, ale o tym za chwilę. Trzy zupełnie różne przyjaciółki, zarówno pod względem charakteru, jak i pochodzenia. Monogamistka aż do bólu Emmy, redaktorka o dowolnej porze dnia i nocy Leigh oraz Adriana o wyjątkowo gorącym temperamencie i wyjątkowej awersji do pracy. Wszystkie trzy tuż przed trzydziestką, wszystkie niezamężne i bezdzietne. Dają sobie rok na zmiany, rodzaj wyzwania. I jest sympatycznie.

Na podstawie tejże powieści, podobnie jak było w przypadku wcześniejszej, “Diabeł ubiera się u Prady“, ma powstać film. Film pewnie też obejrzę, dla porównania. Choćby scen miłosnych, które w wersji papierowej wyszły całkiem sucho i bez emocji. Zupełnie, jakby to był jakiś scenariusz, a nie powieść. Momentami. Po dodaniu podkładu muzycznego i odpowiednich aktorów może być interesująco. To właśnie moje pierwsze ‘ale’. Drugie kieruję już nie do autorki, ale do tłumaczki, a zaraz później do redaktorki, korektora, czy kogokolwiek innego, kto w tym przypadku odpowiedzialny był za wersję polską. Ilości literówek czy błędów gramatycznych nie sposób zliczyć, a nawet jeśli bym się za to wzięła, to po co? Tym zająć się  był powinien ktoś inny dużo wcześniej. Poza literówkami są również olbrzymie akapity nieudolnego przekładu (jak zdanie wyjęte ze sceny ponoć namiętnej w swym zamiarze: “nie myślała o niczym poza tym, jak bardzo pragnie jego chłopaka” – zważywszy, że facet był heteroseksualny, o żadnym chłopaku mowy nie było) i jedyne, co udało mi się zrobić, by przeczytać powieść do końca, to starać się za każdym spapranym fragmentem dociekać, jak mógł on brzmieć w oryginale. Choć z drugiej strony, obok irytacji, niemal równocześnie, zrodziło się we mnie rozbawienie. Wprawdzie nie takie, jak przy lekturze artkułu o spapranym tłumaczeniu powieści “Underdog” Torbjörna Flygta (patrz: Paweł Pollak Rybka piła wali konika) w wykonaniu pani Jasińskiej-Brunnberg, ale bawiłam się przednio. Szkoda tylko samej powieści, która dużo na tym traci. Do prozy ambitnej jej daleko, a nawet zupełnie nie po drodze, ale idzie lato, a na letnią, wakacyjną lekturę nadawałaby się w sam raz.

17:22, agnieszka.em , pozostałe
Link Dodaj komentarz »
"Sztuka bycia Elą"

autor: Johanna NilssonSztuka bycia Elą
przeł.: Paweł Pollak
wyd.: Replika 2008

Przeczekawszy blogowy boom na tę powieść, sięgnęłam po nią. Na półce czekała około pół roku. Trudno mi się czyta, gdy wokół pełno zachwytów, bo odczuwam wówczas coś w rodzaju presji, że zachwycać mam się i ja. Nigdy nie wiadomo przecież, czy podzielę zdanie ogółu. A ogół w tym wypadku pisze, iż “tylko Nilsson ma takie pojęcie, że życie jest przerąbane“. Życie nie jest przerąbane, cokolwiek się dzieje, myślę i zabieram się za lekturę.

Zgodzę się, że Nilsson pisze ciekawie. Jej zdania czyta się gładko, szybko, zero w nich zawiłości. Oczy płyną wprost po nich ze strony na stronę i wiem już, że do Nilsson jeszcze wrócę. Idealnie się przy jej słowach odpoczywa. Przyglądając się jednak fabule powieści, nie dostrzegłam w niej nic wyjątkowego (a ten właśnie przymiotnik pojawia się jako pierwszy w recenzji na okładce). Szczerze mówiąc, nie jestem pewna, czy powieść tę czytałoby mi się równie przyjemnie, gdyby napisał ją ktoś inny, innym językiem, albo gdyby wykreślić z niej rezolutną, sześcioletnią Klarę (jej sposób rozmawiania z Elą ogromnie mnie rozbrajał). Poza tym liczyłam na nieco inne zakończenie, a tu wszystko zbiegło się w idealnie równy happy end. Jakby Nilsson poszła na łatwiznę. Klara radosna, oddana do rodziny zastępczej (i nic, że zżyła się z Elą), Ela znajduje chłopaka i powołanie, relacje rodzinne ulegają cudownemu uzdrowieniu i wszystko jest takie miłe i cacy. Wolałabym choć cień prawdopodobieństwa na ostatnich stronach. Niby powieść miała traktować o współczesnych młodych ludziach, o współczesnym świecie, a zaserwowano nam na koniec klasyczną baśń Disney’a, jedną z tych, którymi karmiono nas w dzieciństwie [do baśni nic nie mam, uwielbiam je]. Trochę szkoda.

Nie mogę też pojąć, skąd to utożsamianie się z bohaterką (i duma z tego), skąd to współodczuwanie świata? Mam dokładnie tyle lat, co Ela. I to jedyna rzecz, która mnie z nią łączy. Na szczęście. Choć wiem, że takich El dokoła mnie sporo.

Nie jest sztuką bycie Elą, parafrazuję. Wystarczy być rozchwianą emocjonalnie, zachowywać się jak małe, rozkapryszone dziecko, nie mieć celu w życiu, o wszystko zło obwiniać innych, bać się dorosnąć, bać się wziąć za siebie odpowiedzialność, podchodzić do całego świata na nie. Tak, to właśnie ten przepis.

"Dziennik jaskółki"

autor: Amélie NothombDziennik Jaskółki
przeł.: Joanna Polachowska
wyd.: MUZA S.A.

Człowiek nigdy nie jest tak szczęśliwy, jak wtedy, gdy znajdzie sposób na zatracenie się.

Główny bohater sposób ten znalazł. Czy był szczęśliwy? Trudno stwierdzić. Bo nawet jeśli przez chwilę zaznał szczęścia, to raz – chwila ta była bardzo krótka, dwa – szczęście musiało mieć dość specyficzne oblicze. Ale od początku.

Bohater przeżywa zawód miłosny. Jak sam stwierdza, tak głupi, że lepiej nie mówić. Więc nie mówi, a my nigdy nie dowiemy się, jaki. Ale zdarzenie to powoduje, że wszystkie jego zmysły wpadają w stan całkowitego wygaszenia. Nic nie czuje, żaden bodziec nie wywołuje w nim emocji. Do czasu, gdy odkrywa muzykę zespołu Radiohead, a w szczególności utwór o drzwiach obrotowych. Do czasu, gdy zabija pierwszego człowieka. Później drugiego, trzeciego i tak dalej. Do czasu, gdy zabija młodą dziewczynę, taką, o jakiej przecież marzył. Do czasu, gdy przeczyta jej dziennik.

Jedynymi dziewczynami wzbudzającymi trwałą miłość są te, które zachowują świadomość niewiarygodnej złożoności świata. A takie zdarzają się raz na milion.

Bohater zakochuje się w dziewczynie, równie bezimiennej jak on. Zakochuje się w dziewczynie, którą zabił, która wiedziała, że on ją zabije, a mimo to nie krzyczała, nie uciekała, patrzyła mu tylko prosto w oczy, jakby sprawdzając, czy się odważy. Czasu się nie cofnie, czynów się nie cofnie. Jedyne, co można jeszcze zrobić, to uratować dziennik, którego dziewczyna nikomu nie chciała pokazać.

Sympatyczna historia, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi. W pewnym stopniu nawet liryczna, co spowodowane jest zapewne bogatym, wyszukanym językiem stosowanym przez autorkę. Ze względu jednak na słownictwo, historia ta traci na realności. Trudno mi bowiem wyobrazić sobie mordercę, który używa takich zwrotów, porównań, metafor, konstrukcji zdań. Głębia łączy się tu z trywialnością, uczucie wzniosłe z prymitywnym instynktem, co daje efekt bardziej snu niż jawy, baśni odbitej w krzywym zwierciadle. Mimo wszystko, baśni ciekawej.

To jest historia miłości, której epizody zostały pomieszane przez szaleńca. Historia z Jaskółką źle się zaczęła, ale kończy się jak najlepiej, bo nie ma zakończenia.

17:17, agnieszka.em , pozostałe
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2